poniedziałek, 3 lipca 2017

Początek wakacji.

Zaczął się u mnie trzaskiem łamanej kości znacznie wcześniej niż przewidziany przez ministerstwo koniec roku szkolnego. Schodząc przed północą spod Turbacza wybraliśmy drogę przez Mordor, bo w jego okolicach zostawiliśmy pojazd zmechanizowany. Mordor to część Golgotki. Już sama nazwa nie kojarzy się dobrze. Żadna z nich :) Golgotka to najbardziej strome podejście na zielonym szlaku wiodącym na Turbacz, a żeby było przyjemniej, to właśnie ta góreczka czeka na każdego prawie tuż po zejściu z asfaltowej szosy, tuz za malowniczym potoczkiem. Mordor jest zwykłą drogą dojazdową wychodzącą na Golgotkę od strony zachodniej. Droga wąska, stroma i zatopiona w leśnym jarze, dodatkowo usiana kamieniami  przyspiesza znacznie bicie serca, tak że masz wrażenie, że obserwuje cię ogniste oko Sarumana a w krzakach czają się krwiożerczy orkowie. Droga służy właścicielom prywatnych lasów do ściągania pni zrąbanych drzew. Ogólnie topografia Mordoru zależna jest od tych czynności a także od warunków pogodowych, bo podczas ulewy Mordorem toczy swój rwący nurt Mordowianka, której nie uświadczysz w dni suche.

Ale to ani wina Mordoru ani Saurama, że moja noga złamana. Wyszliśmy już z Mordoru na wąską ścieżkę leśną prowadzącą przez świerkowy młodniak. Psy szczekały (dobrze, że nie Szeloba:-)) światło z latarki świeciło. Nie czarujmy się jednak, że świeciło tak jak słońce, o nie. Raczej fosforyzowało jak Żądełko.  Prawa stanęła na coś co miało być korzeniem (bo korzeni ci tam dostatek) a lewa była w trakcie przenoszenia się od tyłu do przodu. Prawa wyleciała w powietrze na zrolowanym patyku a lewa nie miała gdzie uciec kiedy usiadłam na niej całym ciężarem ciała.


- Mamo, to nie był trzask łamanej gałązki- Puchaty szedł 2 kroki za mną.
- Też mi się tak wydaje - odparłam zbierając się z ziemi po projekcji Mlecznej Drogi i wszystkich istniejących galaktyk wszechświata.

Oparta o ramię rosłego Puchatego doszłam do pojazdu, którym kierować nie mogłam ponieważ stopa bolała mnie podczas zginania, szłam więc kuśtykając na ciągle zgiętej pod katem prostym. Puchaty nas zwoził. Pierwszy projekt ustawy był, żeby jechać prosto na SOR, upadł po przegłosowaniu, bo na tyłku miałam spodnie rurki, a spod skarpetki wystawała bula wskazująca na złamaną kość. Pojechaliśmy do domu, przebrałam spodnie i obuwie trekkingowe (bardzo prawdopodobnym jest, że schodząc w Mordorze w japonkach i pod wpływem substancji odlotowych nic by sie nie wydarzyło - są na to świadkowie!) a potem zostałam zawieziona do szpitala, gdzie samodzielnie weszłam do gabinetu i w oparciu o Puchatego przeszłam połowę szpitala na rtg, by usłyszeć od technika:

- Pan idzie po wózek, a pani do gipsu.
- Ale jaka diagnoza?
- Razem z doktorem się zdziwiliśmy ale ma pani złamaną nogę w kostce.

 No tak człowiek prawie pół wieku upadał w sposób kontrolowany z czego się dało i jedyne co złamał to rękę najlepszej przyjaciółce z podstawówki, a tu nagle chrup-trzask no i masz babo początek wakacji!

Pierwszy tydzień leżenia z nogą w gipsie był euforycznym świętem czytelnictwa oraz bólem mięśni z górnych kończyn. Pancia leżała i pachniała, słudzy koło niej skakali a pancia na szezlongu odwracała się z boku na bok. Pod koniec tygodnia pancia była już cała obolała.

- Czy panią coś boli - zapytał lekarz oglądający mnie w poradni dla połamańców.
- O tak, doktorze! Boli mnie wszystko poza tą złamaną nogą!!!

Słuchajcie, te pancie z minionych epok od leżenia i pachnienia to musiały mieć po prostu końskie zdrowie, żeby to wytrzymać! Człowiek stworzony został do RUCHU a nie do leżenia czy siedzenia. Nic dziwnego, że miały globusy, złe wapory czy melancholie przecież od uziemienia można dostać pomieszania zmysłów! Musiałam poszukać w sieci ćwiczenia na kręgosłup do wykonywania w pozycji siedzącej lub leżącej i dopiero po nich poczułam się lepiej. Uziemienie uświadomiło mi jak bardzo ruchliwym osobnikiem jestem...

Dobra wiadomość jest taka, że kość nie uległa przemieszczeniu i po 2 tygodniach na rtg można juz dojrzeć odbudowę struktur kostnych. Wspomagam odbudowę jak mogę jedzeniem niezbyt lubianych przetworów mlecznych, białkiem z mięsa i witamin z owoców i warzyw, które właśnie mają wyrzut na straganach.

Panowie w pierwszym tygodniu byli wielce oszołomieni lodówką, która się sama nie zapełniała; praniem, które się samo nie wiesza i nie składa, nie wspominając, że samodzielnie nie chce też wejść do szafy. Zdziwieni też byli ilością durnych czynności do wykonania w życiu codziennym. Durne nie durne ale pozwalające wygodnie żyć :D Aczkolwiek po tygodniu otrząsnęli się z przytłaczających i niesprzyjających im realiów, zaczęli działać sprawnie i wydajnie :)

No to tyle w temacie nogi, która się zrasta.

Puchaty wybiera kierunki studiów, Houdini jutro jedzie z kompletem oryginałów do krakowskiego technikum, do którego się dostał, a Kołek wygrał wczoraj turniej dzikich drużyn ze swoją ekipą Ali Baba :)))

Pozwólcie, że udam się teraz na spoczynek, którego zażywać będę na tarasie, na leżaku plażowym pod parasolem ogrodowym wśród pięknych okoliczności przyrody, które to okoliczności zdążyłam porządnie oplewić zanim noga mi zrobiła taki afront :)

PS
Dajcie znać czy nadal wyświetlają się tu jakieś dziwne treści, bo doszły mnie takie słuchy.


wtorek, 9 maja 2017

Coś u nas jest nie tak?

Przyznam, że odkąd Puchaty nabył możliwość legalnego poruszania się sprzętem zmechanizowanym po drogach naszego kraju, odtąd jest to przez nas skrzętnie wykorzystywane. Nagminnie prowadzimy życie towarzyskie z rozmachem używając przy tym różnego rodzaju napojów wyskokowych. Majowy weekend mimo zimna nie obył się bez grillowania, a że nie działo się to li i jedynie w obrębie własnego gospodarstwa domowego, to Puchaty zawoził i odwoził rozrywkowych rodziców.

Następnego dnia zadał nam pytanie; czy u nas aby wszystko w rodzinie w porządku, bo jak patrzy na innych swoich rówieśników, to zasadniczo oni rządzą na imprezach a starzy ich dowożą. Oczywiście synu, że u nas wszystko w porzo, to tylko rodzice twoich kolegów nie są już młodzi :D

Ale jakby co to śmiało idź na imprezę my sobie taksówkę przygruchamy :)))

środa, 22 marca 2017

Nie ma to jak sobie zaplanować przyszłość.

Kiedyś zrobiłam sobie obietnicę, że raz w życiu pójdę na koncert Metalliki  pod warunkiem, że zjawią się w Krakowie. Słowo się rzekło a ja miałam jasne przeczucie, że i kobyłka stanie u płotu promując Hardwired. Tak czasami miewam przebłyski jasnowidzenia ;-)

Teoretycznie mogłam kupić bilety wczoraj o 11.00. No ale teoria swoje a praktyka swoje. Moje konto na stronie Mety było niedostępne i nie mogłam pobrać kodu na bilety. Nastąpiło masowe przeciążenie serwera :D:D:D A życie toczy się dalej, trzeba było polecieć do szkoły, robić zakupy, obiad itd. Liczyłam się z wizją odsłuchiwania koncertu spod Tauron Areny, z parkingu, bo widząc tę zwiechę zaczęłam przypuszczać, że 24 marca będzie się działo to samo kiedy ruszy ogólnodostępna przedsprzedaż biletów. I tak mieszając w garach sprawdziłam raz jeszcze to swoje konto i piorunem popędziłam do komputera zakupić bilety.



W nosie mam, że miejsce na trybunach dostało mi się prawie na obrzeżach galaktycznych. To nie ma dla mnie znaczenia. Ignoruję narzekania ludzi na ceny biletów, bilety imienne i inne niezadowolone głosy. Kasę na ten koncert ściskałam w skarpetce od ubiegłego roku, więc mi to lotto. Ważne, że wiem co będę robić 28 kwietnia 2018

\m/

środa, 22 lutego 2017

Karnawał się kończy.

Nie przepadam za imprezami domowymi, które łączone są z przebieraniem się w strój karnawałowy czy jakikolwiek. Przebieranie za kogoś kojarzy mi się tylko i wyłącznie z balem, dużą ilością makijażu i akcesoriami, których nie używam na co dzień.

Kiedy nasi przyjaciele zaprosili nas na wspólne świętowanie ich 25 rocznicy małżeństwa chętnie jednak przystałam na to, żeby się przebrać. Impreza dość szeroko zakrojona, bo na ok 50 osób, w lokalu, więc jak bal to niech będzie to bal przebierańców!

Stylistykę wymyśliłam w pięć sekund. Większość akcesoriów znalazłam w domu :) Poćwiczyłam w swoim notesiku kilka kresek i voila!





Potem nie miałam problemu z przeniesieniem na ciało :)









Oboje z Papą Hamsterem bawiliśmy się znakomicie w towarzystwie innych przebierańców.


A srebrni jubilaci dostali w zbiorczym prezencie wycieczkę do Arabii Saudyjskiej czyli na własne podwórko, co wyszło  bardzo zabawnie, bo nikt nie wiedział wcześniej jak będą przebrani :)

środa, 15 lutego 2017

Bieszczady czyli antyreklama Podhala.

Nigdy nie byłam w Bieszczadach aż do minionych ferii. Wiem, że na tych 4 dniach pobytu nie można zbudować jakiegoś ugruntowanego przekonania ale jednak można nabyć kilka spostrzeżeń, zwłaszcza gdy się z gór w góry wyjeżdża.

Czułam się jak u siebie, bo widok z okna jakby żywcem wyjęty z okolic rodzimego potoku Kowaniec. Biało i śnieżnie czyli tak jak powinno być o tej porze roku. Mrozik właściwy.



Restauracje nie zdzierają z klienta i są nawet takie, które honorują kartę dużej rodziny. Góry jak góry, wypukłe, gorcopodobne, swojskie :)

Wypukłości widoczne :) To nieratrakowana część stoku.

Na widok stoku po prostu otworzyłam japę a Pan Gryzoń zaczął ronić łzy gorzkiej rozpaczy ponieważ z powodu kolana ma zabronione wszelakie aktywności fizyczne. Stok Laworta oprócz słusznej długości i nachylenia (ma homologację FIS na slalom i slalom gigant) oferował przestrzeń, którą okiem sokolim nie zmierzysz ;-) Ilość narciarzy była powalająca - mnie powaliła na kolana w dziękczynnych pokłonach za ich znikomą liczbę. Kupiłam sobie karnet na 2 godziny za cztery dychy i zjechałam jednym ciurkiem, bez przerw na oczekiwanie w kolejce do kolejki, dziesięć albo jedenaście razy (z tej radochy licznik mi się zaciął) po czym przyszedł czas na refleksję. A refleksja była prosta i bynajmniej nie dotyczyła mnie lecz ludzi z Polski zwanej u nas ceprami. Po co Wy obywatele tak się napinacie na te Zakopane i Białki? Żeby sobie postać w gigantycznych korkach na zakopiance kilka godzin, żeby tłoczyć się w kolejkach do kas po karnety a potem w następnym ogonku do wyciągu? Czy też po to, żeby się po prostu ponapawać skondensowanym smogiem podhalańskich dolinek? Mając do wyboru Bieszczady czy Podhale w życiu nie przyjechałabym na narty do siebie. Koniec refleksji.

Wyjeżdżam.

Patrzę w dół i mam ochotę lecieć!

Patrzę w bok, a tam...

...ustronne miejsce dla tych, którzy mają ochotę na loty innego rodzaju ;-)





Na drugi dzień nie byłam już w stanie zjechać więcej niż 7 razy :D Narciarzy było może deczko więcej bo pogoda się poprawiła (przestało zacinać wiatrem) i nawet jakieś zawody na stoku były organizowane czego nawet nie dało się odczuć, bo stok jest szeroki.

Ustrzyki Dolne w szczycie sezonu to miasto duchów. Turystas jak na lekarstwo. Wszędzie przestrzeń, wszędzie parking z dostępnymi miejscami. Co jest? myślę sobie, co się dzieje. Nie do wiary po prostu, chyba wszyscy siedzą w Zakopcu!

W takim razie my za rok pojedziemy znowu w Bieszczady! Nie żeby mnie góry zachwycały jakoś specjalnie, nie! Zachwyca mnie brak turystas :D

A tu już zdjęcie z piątkowej zakopianki czyli z dnia 10 lutego. Jechałam rano "pod prąd" a wieczorem wracałam na tyle późno, że uniknęłam stania w korku.

czwartek, 12 stycznia 2017

Kraina narzekaczy.

Pogoda generuje w naszym kraju wiele emocji. Negatywnych. Nie ma dnia bez jęczenia "za zimno, za gorąco, za sucho, za mokro". Naprawdę lubimy czynić panującą aurę przyczyną naszych frustracji.

Sąsiada spotkałam. Takiego, który ignoruje moje prośby o wycięcie samosiejek, które rosną tuz przy naszym płocie (dodam, że niestety są to samosiejki jesiona, który szybko rośnie i ma dość płytki system korzeniowy), ale który chętnie psioczy na pogodę.

- Ale zimno! Powiało tym razem najświętszym oburzeniem i zaleciało personalną obrazą majestatu.
- Od tego jest zima.
- Ale jest ZA zimno!!!
- Przesadzasz. Na myśli miałam także owe jesiony.
- No weź przestań -34 w nocy a teraz -20!!!!!
- Ale to ledwie od tygodnia tak mrozi. Starałam się bronić przyrodę, której zwyczaje doskonale pamiętam z lat poprzednich. Nie tak dawno przecież, bo ledwie 15 lat temu ubranie przymarzło nam do tylnej ścianki szafy o pod prysznicem zamarzły rurki od wody, bo w styczniu przez cały miesiąc trzymały mrozy w okolicach 30 kresek poniżej zera. Trzeba było szafy od ścian odsuwać i czekać cierpliwie z remontem na odwilż (nie obyło się bez kucia i wymiany popękanych rur). Do tego kopny śnieg na metr wysoki i tunele na ulicach, bo miasto nie miało już kasy na wywożenie śniegu z zasp.

Podobno kiedyś Bałtyk zamarzał. Podobno stawiano na lodzie jakieś ówczesne przenośne lokale kateringowe. Podobno ludzie dawali sobie radę wówczas w naszym kraju i najwyraźniej plemię nasze nie wymarło na dobre. Czy to od tamtych czasów ciągnie się epoka lodowych narzekaczy?

Lepsze jest wrogiem dobrego. Przed zamążpójściem mieszkałam w bloku na pierwszym piętrze. Cieplutko, suchutko, luksus. Kiedy wprowadziłam się do parterowego domku z połowicznym podpiwniczeniem i bez centralnego ogrzewania (bo nie można tak nazwać 2 grzejników podłączonych do blaszanej kuchenki na węgiel), to marzłam okrutnie od września do maja. W maju to nawet dotkliwiej, bo domek drewniany izolował równie skutecznie ciepło z zewnątrz. I wtedy zrozumiałam dlaczego w okolicznych wsiach z nastaniem pierwszych cieplejszych dni wszyscy wylegali na progi i ławki podokienne. I ten zwyczaj stał się szybko moim nawykiem także. Dopiero po 10 latach w naszym domu zapanowała stała temperatura za sprawą pieca gazowego. Mimo wygody jaką daje wszyscy tęsknimy za starą kuchenką na węgiel. To nic, że kopciło się przez fajerki, to nic, że trzeba było latać z węglarką po węgiel przez cały ogródek do komórki, to nic, że trzeba było popiół wynosić i mieszkanie odmalowywać co 4 lata. Mając tamtą kuchnię nie narzekałam na niedogodności, po prostu cieszyłam się tym co zostało mi dane. Wychowana praktycznie na wsi uwielbiałam żywy ogień w domu. Potrawy gotowane na blachach nabierają innego smaku, szczególnie te które gotuje się długo. Bigosy, gulasze, kapuśniaki a nawet najzwyklejszy rosół pyrkoczący na brzegu blachy przechodzi wszystkimi smakami idealnie. Do tego dodajmy jeszcze najzwyklejsze podpłomyki z ciasta makaronowego albo nasze podhalańskie moskole z masłem i solą - mmm, miód w gębie! Nawet najzwyklejsza kromka starego chleba opieczona na blachach nabierała drugiego życia i nawet świetniejszego smaku. Dzisiaj mam kuchenkę gazową i ogrzewanie centralne ale nie wyrzekłam się obecności żywego ognia zupełnie. Mam kominek. Dalej więc rąbię drwa (niestety wyręczają mnie w tym zajęciu synowie coraz częściej, tak , że obawiam się iż chcą mnie zupełnie odciąć od siekiery!) i wymiatam popiół. Nie ma to jak buzujący płomień :)))

Tradycyjnie na Orawie temperatura była jeszcze niższa niż w Mieście. Nie wiem czy tam narzekają. Pan Gryzoń ma jedną regułkę do wygłoszenia na ten temat "był czas przywyknąć, a jak nie to zmienić miejsce zamieszkania". Podhalański biegun zimna.

Po ledwie tygodniowych mrozach przyszła oczekiwana zmiana. Sypie śnieg. Sąsiad Malkontent będzie znowu niekontent - za łopatę trzeba się brać :D

Wujek Emeryt jest podejrzliwym człowiekiem. Zwłaszcza jeśli chodzi o ciepło. Zwłaszcza we własnym domostwie. Uznaje bowiem, że ciepło jest szkodliwe. W cieple masło szybko jełczeje, a on nie chce. Temperaturę utrzymuje więc na stałym poziomie 16 stopni. Nie pamiętam, żeby był kiedykolwiek zakatarzony czy zapadł na grypę. Ma 72 lata :) Oczywiście kiedy do niego zjeżdżają "miastowi" Wujek Emeryt dostaje informacje drogą telefoniczną, rozpala w centralnym i doprowadza temperaturę w domu do zawrotnych 20 stopni.

- Jak pojedziecie, to muszę wywietrzyć, bo tu się wysiedzieć nie da! Fuka na nas z dezaprobatą godną naszych wychuchanych zmarzniętych tyłków :D


PS
Obawiam się, że zaczynam mieć tendencje jak Wujek Emeryt. Tylko raz ubrałam rajstopy pod spodnie podczas tych mrozów. Było -24 kiedy wybraliśmy się z Panem Gryzoniem spacerkiem do znajomych. Gdy wracaliśmy o północy było -28. Jak mieszkałam w bloku rajstopy pod spodniami nosiłam nieprzerwanie od października do kwietnia. Może jest jakaś szansa, że nie zjełczeję przedwcześnie? ;)

środa, 28 grudnia 2016

Last Christmas

I gave Thou my heart...

George Michael I owe you some tribute words. It was you who attracted my interest at the age of 12 or 13 and thanks to it I started to study English using Wham! lirycs. During growing up my attitiude to music considerably changed but yes I had started as most teenagers with pop.

Odeszła tez Carrie Fisher odtwórczyni roli księżniczki Lei. Ale to nie koniec pożegnań z osobami, które miały wpływ na moją młodość... 


Wczoraj zadzwonił telefon. Póżną porą. Miałam przeczucie, że to złe wieści będą. I niestety były. Zmarł Dziadek Władca Pszczół.

Dziadek zrywał się co rano o świcie z pieśnią na ustach. Utykając obchodził z "Godzinkami" cały dom chwaląc Pana. Nie było mowy o spaniu, zwłaszcza jeśli tym porankiem zaczynał się dzień pański czyli niedziela. Trzeba było wstać nawet jeśli 3 godziny wcześniej ledwo przyłożyło się głowę do poduszki wróciwszy z dyskoteki. Dziadek nigdy nie odpuszczał był surowy i w sprawach duchowo-kościelnych nieubłagany. Jak Kefas a nawet lepiej, bo się nigdy nie zaparł Pana. Zbierałyśmy więc swe ludzkie zwłoki w jakie takie ryzy i wraz z koleżanką  szłyśmy do świątyni chwalić Pana. Boże wybacz te pokłony w oparach ulatującego alkoholu i drzemoty na klęcząco! 

Po kilku takich nieprzytomnych nabożeństwach wpadłyśmy z G na genialny pomysł. Mianowicie obudzone przez Dziadka odstawiałyśmy szopkę. Na piżamy zakładałyśmy jakieś odzienie i głośno tupiąc po drewnianych schodach schodziłyśmy na dół popisowo trzaskając drzwiami wyjściowymi. Odczekawszy kilka minut otwierałyśmy drzwi na klatkę schodową i jak dwie Spidermanki (schody niemiłosiernie skrzypiały, ale G wiedziała jak stawiać stopy by nie narobić hałasu) wchodziłyśmy na górę i odsypiały szaleństwo sobotniej nocy. Wilk syty i owce prawie wyspane. Nie był to jednak sposób bez wady. Ustawiałyśmy budzik o godzinę później i musiałyśmy wszystko powtarzać w odwrotnej kolejności dodatkowo pilnując przez okno czy ludzie już faktycznie wracają z kościoła.

Dziadek wierzył w to przedstawienie dopóki nie przyłapał nas w tych piżamach i butach w połowie schodów zawieszone pomiędzy barierką a ścianą... Po tym incydencie jego czujność się wzmogła. Cóz, pewnie Dziadkowi obie będziemy zawdzięczać większą szansę na Królestwo Niebieskie.

Dziadek był Władcą Pszczół. Ule stały w ogrodzie przy płocie pomiędzy krzewami porzeczek. Coś mi się majaczy, że było ich z 5-6. Ogród nie był duży ale na ule miejsce być musiało, bo pszczoły Dziadek miał zawsze. Dziadek nie miał za to wnuków tylko 3 wnuczki. A ponieważ Dziadek podczas II wojny światowej stracił nogę i posiadał protezę sięgającą do połowy uda, to nie mógł sprawnie łapać uciekającego wiosną roju. I do tego musiała się przyuczyć moja koleżanka G. Latała więc z dymiarką, płachtą i kolegą z sąsiedztwa po okolicznych ogrodach ściągając roje z drzew, domów czy krzaków. 

Dziadek nie miał skrupułów jeśli chodzi o siłę roboczą. Koleżanka z miasta czyli ja, równie dobrze nadawała się do roboty jak jej własne wnuczki, więc czasami przed sobotnim wyjściem na "włóki" musiałyśmy coś tam pomóc. A to siano przewrócić, a to porzeczki obrać, kolektywnie wymłócić owies wujka albo miód odwirować z plastrów. To ostatnie zlecił nam tylko raz. Przyniósł kilka ramek. Obcięłyśmy wosk zasklepiający komórki, wsadziły ramki do wirówki i pytlując jęzorami jak najęte zaczęłyśmy wirować jedną po drugiej. Dopiero przy ostatniej ramce zauważyłyśmy, że z borynki (tak się u nas nazywa kankę na mleko) wylało się sporo tego miodu na podłogę garażu. Oczywiście panika, szmata, wycieranie, usuwanie śladów itd. Nic z tego, Dziadek był zdruzgotany naszym bezbożnym podejściem do tak ważnego zadania. 

Dziadek odszedł w drugi dzień Świąt. Zostawił swoją starszą od siebie żonę na tym świecie. Babka już 20 lat temu miał umrzeć, bo po rozległym zawale serca wydolność tego organu spadła poniżej 20 %. Ale Babce najwyraźniej ten narząd nie jest potrzebny do życia w 100% Oboje stanowili parę przez ponad 50 lat i na zawsze pozostawią ślad swoich osobowości w moim życiu.



Smutne zakończenie roku...